Rzeźnicy z Nysy

Jeśli chcesz biegać,
przebiegnij kilometr...
Jeśli chcesz zmienić
swoje życie,
przebiegnij maraton.

Emil Zatopek

Nysa

Sobota   17 Listopad 2018   05:21:09

 START Aktualności 2011 Rzeźnicy z Nysy

Rzeźnicy z Nysy

 Autor: Tomasz Kołodziej Poniedziałek,  27 Czerwiec 2011,  16:34 Odsłon: 6506 Drukuj 
Rzeźnicy z Nysy

Bieg Rzeźnika uznawany jest za najtrudniejszy bieg w kraju, rozgrywany w Bieszczadach na dystansie 80 km. Trasa Biegu prowadzi czerwonym szlakiem z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Jest to bieg towarzyski, a zwycięzcami są ci, którzy go ukończą. Ze względów bezpieczeństwa nikt nie może pokonywać trasy w pojedynkę, startują dwuosobowe zespoły. Zawodnicy z jednej drużyny nie mogą oddalać się od siebie na trasie biegu. Powstanie odległości między zawodnikami większej niż 100 m lub pojawienie się na punkcie kontrolnym w pojedynkę skutkuje natychmiastową dyskwalifikacją drużyny. Każda drużyna musi dysponować telefonem komórkowym, którego numer musi przekazać organizatorom biegu. W razie kontuzji lub zasłabnięcia (trasa jest długa, więc każdemu się może zdarzyć...) drugi zawodnik drużyny ma obowiązek doprowadzić niedysponowanego zawodnika do najbliższego punktu regeneracyjnego. Limit czasu wynosi 16 godzin!!!

To chyba te punkty regulaminu, które zachęciły nas do wystartowania w tym biegu. Nasza drużyna w składzie: Marek Pałetko i Tomasz Kołodziej nigdy wcześniej nie była w Bieszczadach więc postanowiła je poznać w ciągu jednego dnia.

Na podbój Bieszczad ruszyliśmy z Nysy w czwartek 23 czerwca z samego rana, droga przebiegała bez zakłóceń, rozmawialiśmy o trasie, którą musimy pokonać, nie wiedząc do końca co nas czeka. Zakwaterowaliśmy się w Komańczy w miejscu startu VIII Biegu Rzeźnika. Chwila odpoczynku i znowu podróż samochodem tym razem do Cisnej, gdzie znajdowało się Biuro zawodów. Już na samym początku poczuliśmy niezwykły klimat jaki panował wśród uczestników tego rzeźniczego biegu. W biurze zawodów jak zawsze, odbiór pakietów oraz numerów startowych - 58x oraz 58y - takie dostaliśmy numery - pan X czyli Marek oraz pan Y czyli Tomek. Trochę nas to rozbawiło i często na trasie zwracaliśmy się do siebie tymi oznaczeniami. Czekając na odprawę przed biegiem słuchaliśmy przyjemnych rytmów kapeli "Wiewiórka na Drzewie". Na odprawie dowiedzieliśmy się bardzo ciekawych rzeczy: a to, że nie dostaniemy map, bo sponsor zawalił, a to, że start jest w tym samym miejscu co zawsze i trasa też się nie zmieniła. Naprawdę cenne uwagi zważywszy na to, że jesteśmy pierwszy raz w tym rejonie. Najciekawsze jednak były wskazania dotyczące poruszania się po terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Mianowicie na terenie parku nie wolno biegać na czas oraz nie wolno mieć na sobie numerów startowych. W tym celu na drugim przepaku wszyscy zawodnicy zdejmowali numery startowe i dostawali takie same tylko mniejsze zwane tym razem identyfikatorami. Takie obostrzenia na organizatora nałożyła dyrekcja parku. No cóż w końcu Bieszczady to też Polska więc nie byliśmy wcale zdziwieni.

Do Komańczy wróciliśmy wieczorem około 20.00, ostatnie przygotowania i sen, a właściwie drzemka. Trudno nazwać coś snem, jeżeli kładzie się spać około 22.30 a wstaje o 2.00. Zaledwie 3,5 godziny spania z myślą, żeby nie zaspać. 2 .00 pobudka, zaczęliśmy się ubierać i sprawdzać, czy aby na pewno wszystko mamy na trasę. Zbliżając się do miejsca startu "Wiewiórki" (zespół) zagrzewały zawodników do startu grając na bębnach murzyńskie rytmy. Jeszcze kilka fotek na pożegnanie i ustawiliśmy się do startu. Rozgrzewkę właściwie nie robiliśmy, bo niby jak rozgrzać się do biegu na 80 km po górach. Sama atmosfera panująca na starcie była niczym rozgrzewka. Punktualnie o godzinie 3.00 nastąpił wystrzał i ruszyliśmy przed siebie na nieznaną trasę. Początkowo biegliśmy dość spokojnie, nasze czołówki oświetlały nam drogę a korzystali z nich także inni szaleńcy, którzy biegali bez latarek. Pierwszy odcinek około 7-8 km to łatwa droga, trochę pofałdowana ale szeroka, przebiegła bardzo szybko. Po łatwym odcinku wbiegliśmy do lasu, przyjęliśmy taktykę biegania za zawodnikami, którzy znali już trasę. Około godziny 3.40 zaczęło solidnie lać, błoto, deszcz i mgła utrudniały poruszanie się w i tak trudnym terenie. Wtedy zrozumiałem dlaczego bieg nosi nazwę "Rzeźnika". Ale cóż każdy z nas jest rzeźnikiem własnego losu, więc z nadzieją, że gorzej już być nie może twardo przedzieraliśmy się przez zarośla pilnując, aby trzymać kontakt wzrokowy z ekipami biegnącymi przed nami. O szukaniu szlaku nie było mowy, nocny deszcz i mgła uniemożliwiały rozglądanie się po drzewach w poszukiwaniu szlaku. Pierwszy etap liczył 16,7 km z Komańczy do Przełęczy Żebrak. Na przełęczy znajdował się punkt kontrolny, na którym zameldowaliśmy się jako 25 ekipa. Dwa łyki izotoników i dalej w trasę na kolejny odcinek mierzący 15,4km do Cisnej. Robiło się coraz jaśniej jednak widoków żadnych, ciągle padał deszcz i mgła unosiła się nad wzgórzami. Przed 7.00 rano zameldowaliśmy się na kolejnym punkcie kontrolnym, na pierwszym przepaku w Cisnej jako 30 ekipa. W planach mieliśmy przebranie koszulek, skarpetek i posiłek. Zrealizowaliśmy tylko jeden - posiłek, stwierdziliśmy, że temperatura jest całkiem dobra więc nie będziemy się przebierać i tak cały czas kapało z nieba. Uzupełniliśmy jedynie camelbaki, żele, batony i dalej ruszyliśmy w trasę. Kolejny odcinek z Cisnej do Smerka to najdłuższy etap mierzący 24 km. Pokonaliśmy go w 3 godziny i 44 minuty. Podczas tego odcinka zaczęliśmy odczuwać pierwszy kryzys, dziwne myśli nasuwały się nam do głowy: co my tutaj robimy? Aby uniknąć najgorszego przyjęliśmy taktykę, że bieg prowadzi w danej chwili gorzej czujący się zawodnik, to pozwalało nam na dobrą współpracę i jak się okazało później była to bardzo dobra taktyka.

Do drugiego przepaku pod Smerkiem przybiegliśmy na 46 pozycji. W tym miejscu przebraliśmy się w firmowe koszulki Nysa Biega, zmieniliśmy skarpetki, zjedliśmy bułki i ruszyliśmy dalej. Tutaj już poczuliśmy duży optymizm, pokonaliśmy 56 km i do mety było coraz bliżej. Nasza pozycja wciąż była wysoka, nie spodziewaliśmy się tak dobrego występu w debiucie górskim. Nastawialiśmy się na ukończenie biegu w limicie 16 godzin a tutaj taka niespodzianka. To nas naprawdę podbudowało i ostre podejście na Smerek (1222 m.n.p.m.) pokonaliśmy w zabójczym tempie. Ze Smerka do Berehów Górnych gnaliśmy zafascynowani widokami, które w końcu można było zobaczyć, gdyż przestało padać i mgły ustąpiły. Był to nasz najszybszy etap, na punkcie kontrolnym odnotowaliśmy wzrost pozycji z 46 na 37. Zmęczenie jednak było tak duże, że ostatni etap postanowiliśmy pokonać z zdrowym tempie czyli tak, aby uniknąć kontuzji, o którą było już teraz naprawdę łatwo. Czuliśmy rozgrzane do czerwoności uda, które na zbiegach paliły z bólu, nasze stawy skokowe i kolanowe rozchwiane były na wszystkie strony. Tak więc podejście na Połoninę Caryńską potraktowaliśmy iście turystycznie, korzystając z otaczających nas widoków. A było na co popatrzeć, za plecami widok pokonanej trasy, a przed nami przemiłe panie z biura Rzeźnika , robiące zdjęcia przebiegającym zawodnikom.

Zbliżając się do mety zapominaliśmy o bólu i nocnych niedogodnościach, pozostało nam tylko wbiegnięcie na metę z flagą Nysa Biega i upragniony wypoczynek. Minęliśmy metę zajmując 43 lokatę z czasem 12 godzin, 34 minut i 27 sekund.

Chwilę po minięciu mety udaliśmy się zrelaksować w pobliskim strumieniu, aby nasze zmęczone nogi doznały ukojenia w zimnej wodzie.

W VIII Biegu Rzeźnika wystartowało 200 ekip, jednak do mety dotarły zaledwie 144, 56 ekip wycofało się z trasy. Pamiętam jak na początkowych etapach mówiłem, że fajna impreza, ale nie polecam, teraz jednak stwierdzam, że warto było się męczyć. Myślę, że to nie jest nasz ostatni bieg w Bieszczadach. Pozostały miłe wspomnienia ...

Mapa serwisuNewsletterKontaktFormularz kontaktowyPolityka prywatności

Rzeźnicy z Nysy

Copyright © 01-01-2009 Nysa Biega