15 Miami Marathon - 29.01.2017 r.

Jeśli chcesz biegać,
przebiegnij kilometr...
Jeśli chcesz zmienić
swoje życie,
przebiegnij maraton.

Emil Zatopek

Nysa

Czwartek   26 Kwiecień 2018   17:38:06

 START Aktualności 2017 15 Miami Marathon - 29.01.2017 r.

15 Miami Marathon - 29.01.2017 r.

 Autor: Adam Dumański Poniedziałek,  13 Luty 2017,  22:28 Odsłon: 892 Drukuj 
15 Miami Marathon - 29.01.2017 r.

Wyruszyliśmy w poniedziałek wieczorem z Nysy "tygryskiem" do Wrocławia gdzie czekaliśmy na Polski Bus do Berlina. Rano o 9:30 wystartowaliśmy do upragnionego Miami. Z powodu różnicy czasowej 6h zapowiadał się najdłuższy dzień w moim życiu. Podróż przebiegała bez zakłóceń, ( no poza drobnymi turbulencjami) samolot był niepełny więc mogliśmy korzystać z dodatkowych miejsc i wygodnie się wyłożyć. Każdy pasażer miał do dyspozycji swój monitor gdzie można było sobie wybierać pomiędzy filmem, muzyką, grami czy położeniem geograficznym samolotu live. Bardzo miła obsługa dbała o nasze żołądki oraz o to abyśmy się dobrze nawodnili przed czekającym nas maratonem. Dzięki temu, że lecieliśmy w dzień karmiliśmy się również widokami zza okien. Pomimo dość długiego lotu podróż zleciała dość szybko, a po 11 godzinach za oknem ukazały się widoki Miami Beach.

Pierwsze wrażenie z Miami to wcale nie było ciepło, a wręcz przeciwnie było zimno żeby nie powiedzieć bardzo zimno. Oni z tą klimatyzacją to strasznie przesadzają, teraz już rozumiem dlaczego część ludzi na filmach chodzi po stanach w czapkach. Tam wszędzie jest klima włączona, począwszy od lotniska przez wszelaki transport miejski, czy taksówki - można nieźle zmarznąć a przecież nie po to przyjechaliśmy tutaj. Korzystając z różnych środków transportu dotarliśmy prawie do celu czyli do naszych kwater. Dzięki uprzejmości miejscowego" Jugola", który widząc nas taszczących walizy po chodniku (tam praktycznie nikt nie chodzi na piechotę tylko wszyscy przemieszczają się wielkimi samochodami) zaproponował nam pomoc i podwiózł nas na miejsce.

Pierwsze kwatery były przewidziane na 3 noclegi i byliśmy oddaleni od siebie o 15min. drogi na piechotę. Lidka, Anka(kuzynka Mirka), Tomek i Jarek zamieszkali u Miltona, który gościł ich we własnym domu przystosowanym do przyjmowania turystów. Ja z Mirkiem zamieszkałem w hostelu gdzie mieszkało ze 30 osób w kilku pokojach, codziennie pojawiało się połowę coraz to nowych twarzy z różnych zakątków świata i ogólnie było cool.:)

Przemierzając codziennie kilkukrotnie dystans pomiędzy kwaterami sporadycznie natrafialiśmy na innych piechurów, ogólnie to w tych dzielnicach domków jednorodzinnych to więcej palm niż ludzi, mało tego zero sklepów i zero knajp można powiedzieć, że trochę lipa. Człowiek u nas jest przyzwyczajony do trochę innego życia no ale co kraj to obyczaj. Całe szczęście mieliśmy dość niedaleko do dzielnicy kubańskiej , gdzie życie biegło już innym trybem - były sklepy no i były knajpki z tradycyjną kuchnią meksykańską. Co ciekawe, część ludzi w sklepach czy knajpach w ogóle nie mówiła po angielsku tylko w swoim ojczystym języku.

Codziennie przemierzaliśmy niezliczoną ilość kilometrów, aby jak najlepiej przygotować się do maratonu, a przy okazji coś zobaczyć. Ciężko opisać miejsca w których byliśmy i co widzieliśmy tak, że zapraszam do oglądania zdjęć, które lepiej oddadzą atmosferę tych amerykańskich chwil. Ogólnie to na każdym kroku palmy i zwisające z nich orzechy kokosowe że czasami to nawet strach czy coś na głowę nie spadnie bo pokaźne ilości tego wiszą nad głowami przechodniów. Do grubszego przemieszczania się używaliśmy Ubera - bardzo ciekawa usługa konkurencyjna do taxi, bardzo fajne wózki podjeżdżały po nas, a szoferzy również czasami nie mówili po angielsku tylko hiszpański, no i taka Ameryka i nikomu to nie przeszkadza, pełen luz.

W ostatni wieczór u Miltona zostaliśmy zaproszeni do udziału w bardzo ciekawym biegu, gdzie nie było wiadomo jaki dystans będzie do pokonania, ile będzie trwał bieg, oraz gdzie będzie meta. Potem okazało się, że ten bieg to Haszer - taka odmiana naszych podchodów tyle, że dla dorosłych i w Miami biega się ten bieg od 1938roku. W tej chwili organizatorem biegu jest grupa miłośników piwa mająca problem z bieganiem.(w taki sposób oni sami się określili) Na starcie stawiło się około 30 zawodników w tym My (Tomek, Jarek, Mirek, Adam oraz nasi kibice Lidka i Ania). Miejsce startu to była bardzo stylowa knajpka z własnym browarem, który można było podziwiać przez szybę wewnątrz lokalu. Gdy wszyscy uczestnicy już się zgromadzili i wpłacili wpisowe 3$ od twarzy, przeszliśmy na parking przed knajpą gdzie były tłumaczone zasady biegu dla wszystkich biorących udział, a przede wszystkim dla "dziewic" czyli naszej 4 oraz jeszcze 2 innych uczestników, którzy także po raz pierwszy brali udział w tym wydarzeniu. Lokalizacja miejsca startu miała bardzo specyficzny klimat, sama dzielnica sprawiała wrażenie trochę mrocznej i mało bezpiecznej, dookoła różne budynki zdobione dużą ilością różnych ciekawych graffiti, nad nami policyjny śmigłowiec z włączonym szperaczem, nie do końca zrozumiałe zasady biegu (z powodu braków językowych) a jak by tego było mało nieopodal knajpy znajdowała się tablica upamiętniająca śmierć młodego mężczyzny który w tym miejscu został 2 lata wcześniej zastrzelony. Wszystko to tworzyło niespotykaną atmosferę lekkiego niepokoju na przemian z ekscytacją przed poznaniem czegoś nowego. W końcu nas wystartowali, na początku biegliśmy za innymi rozeznając na żywo zasady tej gry. Uczestnicy rozbiegli się na 4 strony świata szukając wskazówek na ziemi, niby każdy biegł sam ale w chwili znalezienia właściwej drogi była komunikacja gwizdkami z pozostałymi uczestnikami. Po krótkiej chwili rozpoznaliśmy już zasady tej gry i powoli przesuwaliśmy się na czoło. Bardzo fajne uczucie towarzyszyło podczas samego biegu gdzie zgraja rozbieganych ludzi przemyka w różne strony świata nie bacząc na to jakie jest akurat światło na krzyżówce czy i kto ma akurat pierwszeństwo. Ogólnie bardzo zwariowany wieczór. Dobiegliśmy do centrum przebiegając przez park w towarzystwie kibicujących przechodniów, którzy musieli być już do tej zabawy przyzwyczajeni bo otrzymywaliśmy od nich cenne informacje dotyczące dalszej drogi. Sam bieg był urozmaicony różnymi punktami gdzie trzeba było wykonać przeróżne zadania, nie zapomniano także o punktach z nawadnianiem (Swoją droga moglibyśmy wprowadzić taki bieg u nas w Nysie). Na koniec cała nasza czwórka dotarła jako pierwsza na metę biegu(okazało się, że jesteśmy na tym samym parkingu z którego odbył się start), gdzie po przybyciu reszty uczestników mistrz ceremonii celebrował dalszą część imprezy. Było bardzo dużo śmiechu, ciekawych przyśpiewek po angielsku i po polsku oraz napoi nawadniających, które powinniśmy już przyjmować w dużych ilościach bo przecież maraton tuż, tuż. Chyba to był najlepszy wieczór na Miami.

Następnego dnia zmieniliśmy nasze zakwaterowanie, teraz po drobnych problemach z dostaniem się do wnętrza naszego apartamentu (po tym jak wypróbowaliśmy wszelkie możliwe szyfry do zamku, który miał nam otworzyć wejście no naszego nowego lokum Mirek wcielił się w rolę MacGyvera i używając swego sprytu otworzył nam te magiczne wrota) w końcu mieszkaliśmy wszyscy razem i bez współlokatorów. Apartament bardzo przyjemny, dzielnica spoko no i na miejscu mieliśmy sklepy (w tym apteka czynna 24H - musielibyście zobaczyć co oni sprzedają w aptece, albo inaczej chyba łatwiej napisać czego tam nie sprzedawali) oraz knajpki, czego brakowało w poprzednim miejscu. Po zakwaterowaniu udaliśmy się odebrać nasze pakiety startowe. Na miejscu okazało się, że wydawanie pakietów odbywa się na stadionie do futbolu amerykańskiego, tak że mieliśmy okazję zobaczyć ten obiekt. Przed wejściem na stadion rzucał się w oczy duży napis Miami Marathon, w sumie nic nadzwyczajnego ale tylko na pozór, ponieważ gdy bliżej zbliżyliśmy się do wspomnianego napisu okazało się że na niebieskim tle białymi literami wypisane były imiona i nazwiska wszystkich uczestników biegu. Sprawdziliśmy oczywiście czy aby o nas nie zapomniano, ale ku naszej uciesze organizator pamiętał także o nas. Wbrew pozorom nie jest to takie oczywiste ponieważ gdy odebrałem już swój pakiet okazało się że jestem reprezentantem USA a nie PL. Reszta miała ubaw, gdyż w sumie to niepotrzebnie jechałem do Krakowa po wizę mając już wcześniej przyznane obywatelstwo USA.

Dni mijały w zawrotnym tempie i tak naprawdę to my ciągle w biegu(żeby oczywiście utrzymać należyty poziom wytrenowania przed czekającym nas maratonem) aby trochę tego Miami zobaczyć bo przecież pomimo czekających nas tych 42km to wszystkiego w te 4H nie zobaczymy. W końcu nadeszła "godzina zero" i 29.01.2017o 6.00 stanęliśmy na starcie Miami Marathon. Było zimno, nie więcej niż 15 stopni, jak na Miami to prawdziwa zima, do tej pory raczyliśmy się w temperaturach pomiędzy 23-27 stopni tak, że to nawet dla nas był lekki szok, na dodatek prognozy również nie napawały optymizmem, gdyż przewidywano opady. Na deszcz nie trzeba było długo czekać, już w okolicy 4-5km rozpadało się na całego i do tego wiatr. No ale nic nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności jak to mawiał Tomek. Po jakichś 10km deszcz się uspokoił i w sumie biegło się bardzo fajnie, wszędzie płasko, punktów żywieniowych cała masa, kilometry uciekały i tak na 21km mocno się przerzedziło ponieważ tutaj "połówki" zbiegały na swoją metę a my dalej. Szczerze mówiąc jak bym miał zakończyć bieg w tym miejscu to bym był mocno rozczarowany bo czułem się naprawdę dobrze i w ogóle nie czułem dotychczasowego dystansu. Trasa była dosyć urozmaicona w sensie różnorodności samego Miami. Biegliśmy mijając posesje bardzo zamożnych ludzi, gdzie przed domem oprócz zaparkowanych samochodów zacumowane były również łodzie motorowe na prywatnych przystaniach, mijaliśmy tereny zamieszkane przez klasę średnią, gdzie czasem całe rodziny kibicując wspierały nas również jakimś poczęstunkiem. Zahaczyliśmy także o dzielnicę slumsu gdzie widoki nie były już tak fascynujące jak wcześniej i skłaniały do przemyśleń. Ogólnie trasa pełna różnych kontrastów i tak oto dotarliśmy w okolice 35km gdzie czekali na nas nasi znajomi z Haszera. Piękny punkt żywieniowy, w końcu jakieś znajome twarze i piwo na punkcie żywieniowym, pozwoliłem sobie na troszkę dłuższy postój niż zazwyczaj i wcale tego nie żałuję. Zbliżam się do końca, to już ostatnie 4km, zdaję sobie sprawę że reszta ekipy pewnie już dawno na mecie, a tu ponownie deszcz daje się we znaki, tym razem zimno staje się już dość dokuczliwe i odbiera ochotę na kontynuację tego biegu, ale słyszę za plecami jakieś pozdrowienia w ojczystym języku, zamieniam z gościem kilka słów i nabieram nowych sił(nie wiem skąd, może przez to, że przez chwilę zaczynam myśleć o czymś innym) i nie zwracając na chłód i deszcz zmierzam szczęśliwy do mety, aby ukończyć swój 3 maraton. Na mecie przepiękny medal (akurat trafił nam się 15-ty jubileusz), ful wypas wyżerka no i reszta ekipy.

Postanawiamy szybko się ewakuować bo już jutro z samego rana czeka nas wylot na Barbados. Wsiadamy do kolejki miejskiej i ruszamy w stronę naszej kwatery, w wagonie udaje nam (w sumie nie nam tylko Jarkowi) się zdobyć flagę amerykańską. Jarek używając języka esperanto zjednuje sobie przychylność ciemnoskórej Amerykanki, która była już gotowa zrobić dla Niego wiele i w końcu oddała mu... flagę. Pstrykamy kilka fotek, żegnamy się i wysiadamy. Teraz czeka nas szybkie pakowanie (większość rzeczy musimy pozostawić w wynajętym magazynie, takim znanym z amerykańskich licytacji) i zasłużony odpoczynek w "ciepłych krajach".

BRBADOS

Po krótkim locie(ok. 3h)około południa lądujemy na wyspie, bardzo małej wyspie jeśli zerknąć na mapę to aby tę wyspę zobaczyć trzeba parę razy kliknąć powiększenie. Z samolotu to było widać mniej więcej tak: z obu stron woda i po środku trochę lądu (wyspa po obwodzie ma ok. 100km). Na lotnisku dostajemy informację żeby nie korzystać z taxi tylko z połączeń "PKS-u". No i podjechał "PKS" (lekko rozklekotany bus przystosowany do przewozu ludzi jak dla nas to na 9 osób, ale oni pakują do środka tak około 20) no i zaczyna się nowa przygoda, kierowca wyluzowany puszcza z głośników reggae na fula, płacimy po 1 $ amerykańskim na twarz i jedziemy w stronę naszego nowego lokum. Jak się później okazało to tak naprawdę nie trzeba korzystać z żadnych przystanków bo naganiacze z busa(każdy bus był wyposażony w naganiacza, który werbował pasażerów oraz dbał o finanse) sami wypatrywali ofiary, które prawie na siłę wciągali do busików, nawet jak mieli pełen stan, nie stanowiło to dla nich problemu by zabrać jeszcze parę osób do środka. Najlepsze było to, że obojętnie skąd i dokąd się jechało zawsze płaciliśmy 1$. Po prostu bajer.

Po szybkim zakwaterowaniu (świetny apartament, miał chyba ze 100m2, 3 duże sypialnie, 2 łazienki, wielki pokój i kuchnia, najlepsza i zarazem najtańsza nasza kwatera podczas całego pobytu) korzystając ze sprzyjających warunków (29 stopni w cieniu, niewielka odległość od oceanu) wyruszamy na plażę. Po drodze na plażę posilamy się w najbliższej "restauracji", przekraczamy próg tego przybytku (coś w rodzaju willi) a tam w holu zza stołu wita nas wesoły kucharz (przywitanie -wiadomo skąd jesteście, jak wam się tu podoba i takie tam...), na stole stało chyba 3 podgrzewacze z jedzeniem, obok była lodówka z napojami, z boku jakieś pomieszczenie chyba pokój, w tym pokoju na kanapie walały się jakieś gary i inne kuchenne przedmioty. Ot i cała restauracja, u nas sanepid by tego mimo wszystko raczej nie zamknął bo przede wszystkim by tego nie pozwolił otworzyć. No ale nic, głód wygrywa i postanawiamy tu zjeść, kucharz podnosi przykrywki podgrzewaczy no i więcej uśmiechu pojawia się na naszych twarzach, w podgrzewaczach o dziwo znajdują się jadalne rzeczy i to całkiem dobrze wyglądające, do wyboru kurczak, jagnięcina, wołowina, makaron lub ryż, a także różne warzywa. Zestaw mięso plus dodatki i ewentualny sos zawijane było w coś pomiędzy naszym naleśnikiem a tortillą, ogólnie mogę powiedzieć, że było smaczne, nawet drugiego dnia również tam jadłem. No i docieramy na plażę ,co tu dużo pisać, plaże bajeczne, praktycznie zero ludzi, piasek drobny jak mąka no i w ogóle nie parzył w stopy. Korzystamy z promyczków słońca, raczymy się w cieplutką lazurową wodą - po prostu plażing. Na miejscu okazuje się, że dzień tutaj o tej porze roku też jest dość krótki bo o godzinie 18-tej zapadły ciemności, na dodatek księżyc też jest inaczej podświetlony. Wieczorkiem postanawiamy wyruszyć do stolicy Barbados - Bridgetown oddalonej o ok. 10 kilometrów od naszej wioski. Na miejscu trochę się rozczarowaliśmy bo ok. godziny 20-tej tam było dosłownie ciemno i głucho, wszystko pozamykane, nie licząc paru otwartych knajpek. No i to dziwne uczucie my biali a cała reszta ciemna(tak lekko to ujmując), oprócz nas spotkaliśmy dosłownie kilka białych osób, a reszta to tubylcy. Nigdy wcześniej tak dziwnie się nie czułem. Postanawiamy o powrocie do "bazy" aby już w spokoju przejść do nawadniania bo od wczorajszego maratonu nie było tak naprawdę okazji aby uzupełnić płyny. Jak się później okazało ubytki płynów były dość znaczne bo aż 3-krotnie razem z Mirkiem chodziliśmy na "CPN", a najlepsze jest to, że za trzecim razem w końcu pomyliliśmy drogę do apartamentu, tak że na przyszłość trzeba pamiętać, że nie wolno dopuścić do odwodnienia bo organizm później lubi spłatać różne figle. I tak błogo mijały kolejne dni na wyspie, a jeden z nich zapamiętamy szczególnie, kiedy z samego rana pojechaliśmy do stolicy a potem po krótkich zakupach ruszyliśmy wzdłuż plaży w stronę domu. Jak nam się jakieś miejsce spodobało zostawaliśmy, poplażowaliśmy, czasami krótko przysnęli, a potem dalej w drogę. Gdy byliśmy głodni szukaliśmy knajpki, jedliśmy i ponownie szliśmy wzdłuż oceanu napotykając różne piękne miejsca, czy też inne miejscowe niespodzianki typu żółwie czy syreny morskie. Podsumowując było pięknie.

Na koniec jak to w życiu bywa, wszystko kiedyś musi się skończyć i tak nasz pobyt także dobiegał końca. Powrót do Miami, do cywilizacji, odbiór naszych bagaży z magazynu (no żeby nam tego nie zlicytowali) przelot powrotny do Berlina(powrót dużo krótszy - tylko 8h a max. prędkość dochodziła do 1101km/h nie przypuszczałem, że samoloty osobowe tak szybko latają) w Berlinie to już szara rzeczywistość - brak słońca, ponuro te samochody jakieś takie małe, przesiadka na busa do Wrocławia, stamtąd już "tygryskiem" do domu.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem tą relacją, ale to wszystko i tak w wielkim skrócie w końcu udało mi się jakoś razem sklecić.

Wyniki:

Jarosław Ciecieląg - 3:24:16

Mirosław Więckiewicz - 3:44:55

Tomasz Kołodziej - 3:44:56

Adam Dumański - 4:19:19 PB

Pozdrawiam wszystkie Biegaczki i Biegaczy i przepraszam za opóźnienie.