XI Cracovia Maraton - 22.04.2012.

Jeśli chcesz biegać,
przebiegnij kilometr...
Jeśli chcesz zmienić
swoje życie,
przebiegnij maraton.

Emil Zatopek

Nysa

Niedziela   23 Wrzesień 2018   17:27:53

 START Aktualności 2012 XI Cracovia Maraton - 22.04.2012.

XI Cracovia Maraton - 22.04.2012.

 Autor: Tomasz Kołodziej Poniedziałek,  23 Kwiecień 2012,  10:33 Odsłon: 3520 Drukuj 
XI Cracovia Maraton - 22.04.2012.

Jak przez przypadek zostałem maratończykiem, czyli słów kilka o cierpieniu...

Był piękny słoneczny dzień w Nowym Meksyku... Agnieszka robiła kolejny ciężki trening w swoich przygotowaniach do maratonu.

Ten sam dzień ( deszcz, wiatr ) we Wrocławiu - ja wpadłem ( jak wtedy mi się wydawało ) na genialny pomysł poprowadzenia jej maratonu. W końcu jestem długodystansowcem, zdarza mi się na treningach robić 30km wybiegania, tempo 3:33/km jest luźnym względnie na ciągłych no i mam niesamowitą potrzebę pomocy koleżance z grupy, która zasługuje na minimum olimpijskie do Londynu...

3 tygodnie później - Kraków:

Już nie jestem taki pewien tego, czy dam radę. Co więcej, widząc 4 tysiące biegaczy, wydaje mi się, że nie do końca jestem świadomy tego na co się zapisałem.

No, ale jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B... Numerek startowy do grupy elity odebrany i przyczepiony do koszulki. Godzina do startu... Rozmowy o taktyce dobiegają końca, czas iść na rozgrzewkę. Potem trochę rozciągania i wazelina tu i ówdzie co by się nie nabawić niepotrzebnych nieprzyjemności. Pytam o rady bardziej doświadczonych kolegów i jakoś po kilku minutach jestem gotowy, aby udać się na start... Po drodze ostatnie miłe słowa i stoimy na linii... Najpierw wózkarze potem elita, dalej około 4 tysięcy osób... Ekstra...

Ostatnie zdjęcia, filmy, uśmiechy i 3,2,1... start!

Lecimy, początek spokojnie, żeby się rozkręcić i nie podpalić 3:40, 3:35...koło 4km osiągamy zamierzone tempo 3:33/km no i zabawa zaczyna się rozkręcać. Podawanie bidonów, kontrola czasu, osłona od wiatru, zakręt w lewo, zakręt w prawo, staramy się osłaniać Agę, a jednocześnie utrzymywać dobre tempo. Mijamy 10km, 15... czuję się super pomimo wiatru i 20 stopni Celsjusza. Docieramy do 19km i czuję, że nogi współpracować nie chcą, no nic walczymy... Połówka (1:16) jednak decyduje o tym, że bez sensu szarpać grupę, w końcu minimum Agi jest najważniejsze, odpuszczam. Trener zostawia mi żel i wodę i walczy dalej, ja spaceruje około 10 min, mija mnie Kenijka, Rosjanka i Rumunka i myślę sobie no przecież nie po to tu przyjechałem żeby spacerować. Zaczynam biec - spokojnie po 4 min/km. Okazuje się jednak, że owe 21km w tempie na 3:33 zrobiło swoje i zaczynam zwalniać - momentami nawet do 4:30/km! Nic to, mam przecież zapas z pierwszej połówki, grunt to połamać 3 godziny, taki mam teraz cel! Kolejne punktu z wodą i kilometry mijają w atmosferze super dopingu. Niestety biegnę sam, co jakiś czas mijają mnie osoby biegnące na wynik w granicach 2:35 - 2:40! Za wcześnie jednak, abym rwał za nimi, dogonię ich później ( taaa... Nadzieje matką głupich! ). 28km - trzeba przyśpieszać, udaje się rozwinąć prędkości rzędu 3:50, ale tylko na moment... po około 32km wiem już, że rezerw żadnych już nie ma i tak naprawdę muszę po prostu starać się ukończyć bieg. Mimo wszystko zbliżam się do osób będących przede mną! I wtedy nadchodzi cudowny 35km i coraz częstsze skurcze, od 37km właściwie nie ma momentu, abym nie miał jakiś skurczy lub bólu. Teraz zaczynam rozumieć czym jest maraton, ale walczę! Ktoś z kibiców krzyczy do mnie: Teraz musisz biec głową, nie nogami! Do 41km jakoś walczę, ale dalej to po prostu nie jestem w stanie biec, przechodzę w marsz. No nie! Przecież nie wejdę na metę jak chodziarz! Przebiegłem 41km to przebiegnę jeszcze kilometr i 195m. Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić! Moje tempo wynosi aktualnie 5:50/km i przypomina bardziej pokraczny chód niż bieg. Widzę metę... 2:52:58! Koc termiczny, medal, ktoś łapie mnie pod bark, prowadzi do strefy z punktem z napojami i bananami. Siadam na ławce i czuje, że nie mogę wstać...

Kilka minut później udaje mi się odnaleźć trenera, który jest zdziwiony, że dobiegłem... Niestety Aga walczyła od 24km z kolką i ze łzami w oczach nabiegała 2:41, co dało jej 3 miejsce w kategorii kobiet! Ja dobiegłem bodajże 40.

Zaczynam podziwiać i szanować maratończyków jeszcze bardziej! Co chwile czuje ból w nogach i właściwie ciężko mi się ruszać! No nic, następnym razem będzie lepiej!!!

W maratonie wystartował również Marek Pałetko, który atakował 3godziny. Wszystko było cacy do 28km, wtedy zaczął odczuwać ból kolana oraz kolkę i domęczył do mety po 3 godzinach 23 minutach i 12 sekundach. Rozmawiałem z nim chwile po biegu i mówił, że przed startem czuł, że 3 z przodu pęknie, niestety to nie był ten dzień... Wymęczył się strasznie psychicznie, ale ukończył bieg i to najważniejsze!

Maraton zorganizowany ekstra, było trochę za ciepło, ale poza tym warto było przyjechać!

Pozdrawiam - nowy maratończyk NB!

Kamil!

Mapa serwisuNewsletterKontaktFormularz kontaktowyPolityka prywatności

XI Cracovia Maraton - 22.04.2012.

Copyright © 01-01-2009 Nysa Biega